2389. Jak Adam Chmielowski staje na mojej drodze...

na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com 4 dni temu
św. Brat Albert Chmielowski moimi oczami
Postać świętego brata Alberta, jednego z głównych patronów mojej diecezji, w dość dziwny sposób wkradła się do mojego życia i w nim zamieszkała. Jeszcze będąc w gimnazjum na jednej z lekcji języka polskiego zapoznawaliśmy się z fragmentem sztuki teatralnej autorstwa Karola Wojtyły zatytułowanej "Brat naszego Boga". Nie mówię, iż wcześniej nie słyszałam o postaci Adama Chmielowskiego, który jako zakonnik przyjął sobie imię Albert, bo pewnie w kościele raz czy dwa obiło mi się o uszy, jednak nie przywiązywałam do tego większej wagi. Zresztą byłam jeszcze dzieckiem, mogło mi coś umknąć pomimo dosyć dobrej koncentracji i pamięci (pamiętacie o czym mówił ksiądz na Waszej Pierwszej Komunii albo bierzmowaniu? Ja pamiętam...). Ale wtedy, w tej drugiej czy też trzeciej klasie gimnazjum, w świadomy sposób poznałam tą postać. Z jednej strony był to język polski i wspomniany tekst, z drugiej miliony pytań na temat brata Alberta do Księdza z gitarą. Skończyło się tym, iż otrzymałam od niego książkę franciszkanina Władysława Kluza "Adam Chmielowski. Brat Albert".
Potem temat ten na kilka lat został stłumiony, aby powrócić ze zdwojoną siłą. I to dosłownie. Pierwszy taki powrót nastąpił na wiosnę 2015 roku, kiedy byłam na pierwszym roku studiów z turystyki religijnej. W ramach ćwiczeń z nowożytnej i najnowszej historii kościoła każdy z nas miał za zadanie przygotowanie i przeprowadzenie wycieczki po Krakowie śladem jakiegoś świętego bądź błogosławionego. Ja wylosowałam św. brata Alberta. Trochę się skrzywiłam, ale w końcu powiedziałam: "Dobra, coś się wymyśli". Wypożyczyłam kilka książek i zdecydowałam, iż pójdziemy do klasztoru i bazyliki Franciszkanów na Placu Wszystkich Świętych, gdzie przyjął habit i rozpoczął drogę zakonną, a następnie do budynku, w którym mieściła się pierwsza ogrzewalnia dla bezdomnych mężczyzn, w którym opowiedziałam im o życiu świętego z przełomu XIX i XX wieku. Oczywiście takich miejsc związanych z życiem i działalnością św. Brata Alberta, no ale miałam ograniczony czas.
I teraz, niewielki kościółek w centrum B-na, noszący wezwanie właśnie Brata Alberta, do którego rzucił mnie uparty los. Za każdym razem stojąc w prezbiterium wpatruję się w majestatyczną figurę przedstawiającą Brata Alberta i myślę sobie: kurczę, to dopiero był gość. Bez nogi, tłamszony przez innych, szykanowany przez innych, a jednak dużo osiągnął. I jeszcze został ogłoszony świętym! Bardzo mi się podoba jego maksyma życiowa - być dobrym jak chleb. Bo każdy z nas ma chyba swój ulubiony rodzaj chleba. Ale tak sobie myślę, iż chodzi tutaj nie tylko o ten chleb spożywany przez nas podczas posiłków, ale o Chleb Życia, którym wierzący powinni się karmić, aby dostąpić życia wiecznego. W zasadzie każdy z nas może być takim dobrym chlebem - wystarczy żyć i postępować tak, aby nikt przez nas nie cierpiał, nie płakał, nie czuł się źle. Tylko tyle i aż tyle...
Idź do oryginalnego materiału