

![]() |
| Świece - jeden z symboli ruchu, przywiezione przez wspólnoty uczestniczące w spotkaniu |
W zeszłym roku bezczelnie pojechałam, nie będąc zrzeszona w żadnej z grup, na doroczną pielgrzymkę prowincji, tym razem do Rychwałdu. Znacie taką piosenkę "Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, wielkim lasem szedłem, noce nie przespałem"? To trochę odzwierciedlenie mojej podróży do celu. Co prawda rzek nie przepłynęłam, ale z 2 mostki przeszłam. A reszta mniej więcej się zgadza. Trochę się obawiałam reakcji Księdza Niosącego Światło, który też tam był, no iż się zdenerwuje. choćby o ile tak się stało, to nie dał tego po sobie poznać. Wręcz zrobił ze mnie "bohatera" zapraszając do wspólnoty, z którą był związany od lat.
Z Świętem Światła miało być dużo prościej. Jestem już oficjalnym członkiem wspólnoty. Co ja mówię - dwóch wspólnot. Czy tak jakiś inny członek może o sobie to samo powiedzieć? O szczegółach tegorocznego spotkania najpierw dowiedziałam się od wspólnoty z W-c, potem od J-na. Obydwie stwierdziły, iż mam z nimi wystąpić, chociaż nie wiedzą, iż jestem tu i tu. Dotychczas spotkania te odbywały się w Łańcucie, w tym roku przeniesiono je do Libiąża. Koordynatorzy grupy z J-na, mieszkający w tym samym mieście co ja, obiecali, iż zawiozą mnie na miejsce, a potem odwiozą do domu, żebym nie musiała tułać się autobusami, chociaż wiedzą, iż to dla mnie nie jest problemem. Żyć nie umierać. Dla "Rafałków" miał to być debiut na styczniowym spotkaniu, tak samo jak dla mnie. Wszystko miało się odbywać w anielskiej tematyce. Mowa tutaj przede wszystkim o części artystycznej. Z "Dominkami-bis" mieliśmy zaśpiewać kilka kolęd, z "Rafałkami" - przedstawić krótką scenkę o poszukiwaniu zagubionych przez anioły. choćby miałam przygotowane "anielskie" przebranie.
Cieszyłam się na ten wyjazd. Myślę, iż dzięki niemu skierowałam chociaż na chwilę myśli na inne, bardziej przyjazne tory. Tym bardziej, iż bardzo lubię wszelkie występy. Wszak kiedyś grałam w szkolnym teatrze amatorskim, przez lata śpiewałam w parafialnej scholi. Co prawda nigdy nie miałam solówek, ale to nic, zespołowy występ też dawał mi dużo euforii i satysfakcji.
A jednak nie pojechałam. Myślę sobie, iż na ten dzień Pan Bóg miał dla mnie zupełnie inny plan. A może po raz kolejny chciał mi dać lekcję pokory, iż nie zawsze musi być tak, jak ja chcę. O tym, iż będę miała zabieg (właściwie to urastający do rangi operacji, bo to co standardowo robi się w znieczuleniu miejscowym, mnie musiano zrobić w ogólnym) tydzień przed Świętem Światła wiedziałam już w grudniu. Teoretycznie prosty zabieg, jednak z możliwymi powikłaniami. Przez pierwszych kilka dni było w porządku, co mnie bardzo cieszyło. Przyszedł czwartek i zaczęłam niesamowicie źle się czuć. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam aż taką "karuzelę". Niby w piątek było lepiej, ale nie chciałam ryzykować. Bo co by było, gdyby wszystko to powtórzyło się w sobotę na wyjeździe? Leki by pomogły, albo i nie. I co wtedy? Z bólem serca powiadomiłam obydwie wspólnoty, iż jednak nie jadę. Kazałam im się jednak dobrze bawić. I tak myślę, iż było, patrząc na zdjęcia z części artystycznej.
![]() |
| Dominki - Bis |
![]() |
| Rafałki |
Ale, ale... Skoro to miał być dzień przeżyty w anielskich klimatach kilka stało na przeszkodzie, aby tak się stało. Musiałam tylko nieco zmodyfikować formę spędzenia go w ten sposób i przystosować ją do moich możliwości. Udało mi się to zrobić na trzy sposoby:
Raz - skoro miał być anielski dzień, to pomyślałam, iż warto by było, gdybym obejrzała jakiś tematyczny film. W czasach, kiedy studiowałam pracę socjalną na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II, na jednym z wykładów ówczesna dyrektor kierunku opowiadała nam o filmie "Jestem Gabriel". Zachęciła mnie wtedy do obejrzenia go, ale jakoś dotąd nie nadarzyła się ku temu okazja. Tak sobie jednak wczoraj pomyślałam, iż skoro miał być anielski i mogę go zrobić na własnych zasadach, to może warto wreszcie obejrzeć ten film. Na spotkaniu podczas Mszy inauguracyjnej było kazanie. Może to trochę dziwne, ale seans filmowy potraktowałam właśnie jako takie kazanie.
Akcja filmu toczy się w miasteczku Promise w Teksasie. Ellen rodzi dziecko, niestety umiera ono tuż po przyjściu na świat, zaś kobieta dowiaduje się, iż nigdy już nie będzie miała dzieci. Mija dziesięć lat, miasteczko uchodzi za przeklęte, nic nikomu się w nim nie udawało. Pewnego dnia Ellen wraz z mężem Joe wracali z jednodniowego wyjazdu za Promise. Po drodze o mało nie potrącają małego, uroczego chłopca w białym ubraniu, niosącego jedynie matę na ramieniu. Nie wiedzą, iż jest to wysłannik z Nieba w celu odmienienia życia mieszkańców miejscowości. Sam chłopiec kilka o sobie mówi, jednak wraz z pojawieniem się Geita w Promise zaczynają dziać się niewytłumaczalne rzeczy - po miesiącach suszy zaczyna padać deszcz, zmarli ożywają, chorzy zdrowieją. Wszyscy stają się dla siebie milsi i po prostu lepsi. Chłopiec pokazuje też wszystkim, jak wielką moc ma szczera modlitwa. Ludzie są zachwyceni Geitem, jedynie szeryf za wszelką cenę chce poznać, kim tak naprawdę jest Geite. Piękny, ale nie infantylny film pokazujący, jak kilka potrzeba człowiekowi, aby był dobry dla innych, a przez to lepszy i bardziej szczęśliwy.
Dwa - skończyłam czytać jedną z książek Doroty Terakowskiej - "Tam, gdzie spadają Anioły". To tak, jakbym uczestniczyła w prezentacji poszczególnych grup przybyłych na spotkanie. Jest to moje drugie spotkanie z twórczością tej pisarki. Kilka lat temu przeczytałam jej "Poczwarkę" opowiadającą o życiu rodziny, w której pojawia się dziecko z zespołem Downa. Temat mi bliski, chociaż chyba w mojej rodzinie nie było takiego przypadku. Ale wielu moich znajomych walczy z tym problemem. Książka choćby mi się podobała, była bardzo realistycznie napisana (więcej o mojej opinii o książce możecie przeczytać >>tutaj<<). Mimo to dotąd nie miałam okazji sięgnąć po inną pozycję tej autorki. Z drugiej strony, skoro w WiŚ mamy rok anielski, to uznałam to za dobry pretekst do wypożyczenia i przeczytania wspomnianej książki.
Autor: Dorota Terakowska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 1999
Ilość stron: 256
Wierzymy w to, iż każdy z nas ma swojego Anioła Stróża, który nas nie opuści do końca życia, a może i dłużej. Co by się jednak stało, gdyby się okazało, iż nasz Anioł został od nas "oderwany" i błąka się gdzieś po ziemi. Czy mielibyśmy odwagę wyruszyć w podróż na wzór małej Ewy, głównej bohaterki książki Doroty Terakowskiej "Tam, gdzie spadają Anioły" w poszukiwaniu utraconego skarbu.
Pewnego dnia w niebiosach odbyła się nierówna walka pomiędzy Aniołem Dobra, a Aniołem Zła. Niestety, tym razem Anioł Zła wygrał strącając swojego przeciwnika nie do piekieł, ale na ziemię. Nikt, oprócz samego Anioła Dobra, nie wiedział, iż tak naprawdę Anioł ten ma być Aniołem Stróżem nienarodzonej jeszcze Ewy. Dziewczynka od dnia urodzin ma wyjątkowego pecha. Kiedy pewnego dnia słyszy żartobliwą uwagę, iż pewnie zgubiła swojego Anioła Stróża, postanawia go odnaleźć. Wyrusza w świat, ale tak naprawdę jest to wędrówka w głąb sumienia spotkanych ludzi. Bo tylko ci o szczerym i prostym sercu mogą być "upadłymi Aniołami".
Czy książka podobała mi się? Myślę, iż tak. Dorota Terakowska w interesujący sposób przedstawiła kwestię posiadania przez wszystkich swojego Anioła Stróża. Co prawda to raczej niemożliwe, aby go gdzieś po drodze zgubić, aczkolwiek motyw małej dziewczynki poszukującej swojego Anioła Stróża wśród ludzi na Ziemi wydaje mi się bardzo ciekawy. Każdy z nas może utożsamić się z Ewą, bo każdy z nas szuka czegoś w swoim życiu. A kiedy już uda nam się to znaleźć, jesteśmy szczęśliwi, tak jak szczęśliwa była Ewa, po odnalezieniu swojego Anioła Stróża.
Trzy - próbowałam poćwiczyć trochę grę na flecie, a raczej ułożenie palców do poszczególnych dźwięków gamy do-re-mi. To w zamian za obejrzenie licznych występów, które zaprezentowały przybyłe na spotkanie wspólnoty. Nie będę ukrywać - jest ciężko, zwłaszcza iż moim palcom brakuje tego "luzu", jaki mają ludzie pełnosprawni. Ufam jednak, iż w końcu uda mi się zagrać całą gamę. Równolegle próbuję grać na pianinie on-line. W ogóle muszę się czymś pochwalić. Wiem, iż to nic, ale dla nowicjusza to chyba dużo. W mojej szkole nie uczono nut. Wiedziałam, iż jest pięciolinia, wiedziałam nawet, jak poszczególne nuty się nazywają. Tylko tyle i aż tyle. Teraz sama doszłam do tego, jaki dźwięk oznacza położenie poszczególnych nut na pięciolinii i teoretycznie jak długo powinien on trwać. Muszę jeszcze ogarnąć metrum, ale chyba to co najważniejsze już wiem. Nieźle, jak na jeden tydzień. I to w dodatku opierając się głównie na youtubie. Co potrafię zagrać po tych kilku dniach na pianinie on-line? "Boże coś Polskę", "Gdy adwentowy wieczór nadchodzi", "Jeden jest tylko Pan" oraz "Gam, gam, gam". Oczywiście bardzo niedoskonale, ale i tak myślę, iż jest to dużo. Ech, żeby jeszcze te palce były mi bardziej posłuszne...
Nie wiem jak u Was, ale u mnie jeszcze trwa sezon świąteczny...












