Na początku wpisu pragnę podziękować tym wszystkim, którzy złożyli mi gratulacje z powodu kolejnej obrony pracy magisterskiej, tym razem z pedagogiki. Nie będę ukrywała, iż z racji wykonywanego zawodu (nauczyciel świetlicy szkolnej + wychowawca w świetlicy środowiskowej + animator w oratorium salezjańskim* + animator grupy bierzmowanych) bardzo mi zależało na podwyższenie kwalifikacji w tej dziedzinie. Zarobki nie były tutaj pierwszorzędną motywacją, chociaż z automatu dostanę ciut wyższe wynagrodzenie, bardziej możliwość zdobycia jeszcze szerszej wiedzy. Ku mojemu zaskoczeniu pisanie pracy magisterskiej, a przede wszystkim prowadzone w jej zakresie badania (opisywałam uczniów "podwójnie wyjątkowych" - niepełnosprawnych, ale ponadprzeciętnie zdolnych) naprawdę pochłonęły mnie bez reszty. Bardzo podobały mi się praktyki szkolne, po których dostałam propozycję pracy w szkole, gdzie je robiłam. Co prawda na razie na zastępstwo, ale od czegoś trzeba zacząć. Na razie jeszcze do mnie ten trzeci magister nie dociera, zresztą tak naprawdę ten tytuł potrzebny był mi tylko do pracy. choćby na co dzień mówię, iż jestem Karolina, a resztę dopowiadam, jak mnie pytają. I to też bardziej ogólnikowo.
Kiedy w środę po obronie podjechałam do Księdza z Gitarą najpierw na roraty, a potem pochwalić się moim wyczynem, w ramach nagrody zaproponował mi podjechanie w piątek albo w sobotę, kiedy u nich na rynku planowany był jarmark bożonarodzeniowy. Śmiał się, iż może daleko mu do tego w K-cach, ale też ma swój urok. Szczerze powiedziawszy ja choćby wolę takie małe kameralne jarmarki. Pamiętam, iż kiedy studiowałam w Grodzie Kraka i wracałam na nocleg do Wadowic, a były jarmarki świąteczne, to bardziej urzekały mnie te w tym mniejszym miasteczku. Były jakieś takie bardziej rodzinne.
Nie inaczej było i teraz. Na jarmark pojechaliśmy ze znajomymi z gimnazjum w sobotnie wczesne popołudnie. Musieliśmy wyważyć czas, bo ja jeszcze planowałam pojechać do B-na na ostatnie Nabożeństwo Jubileuszowe, o którym ostatnio Wam pisałam, a i Katia z Kamkiem mieli coś do załatwienia. Na szczęście był to naprawdę malutki jarmarczyk, taki na pocieszenie oka.









Zdjęcia wklejone w przypadkowej kolejności. Może to infantylnie zabrzmi, ale ja naprawdę cieszyłam się z tego jarmarku i potraktowałam go jako nagrodę za obronę. Niczym małe dziecko zaglądałam od kramu do kramu i podziwiałam a to prezentowane tam rękodzieło, a to przetwory. I uśmiechałam się sama do siebie, wydobywając z tych chwil niezwykły urok świąt Bożego Narodzenia.
* chociaż to bardziej praca wolontaryjna to wiedza pedagogiczna jak najbardziej znajduje w niej zastosowanie








